Najnowsze Teksty
POTĘGA KOŚCIOŁA ! (Listopad 2, 2018 7:44 pm)
GDY SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAJE (Listopad 2, 2018 7:41 pm)
Pamiętaj… (Październik 1, 2018 7:53 pm)
DAJ SOBIE POMÓC !!! (Październik 1, 2018 7:47 pm)
NIE BÓJ SIĘ I DZIAŁAJ !!! (Październik 1, 2018 7:36 pm)
NIE ZAPOMINAJ! (Wrzesień 11, 2018 7:06 am)
JESTEM… (Wrzesień 11, 2018 7:00 am)
NIE LICZ SIĘ Z RELIGIĄ !!! (Sierpień 28, 2018 1:47 pm)
ANTYCHRYSTUSOWOŚĆ !!! (Sierpień 28, 2018 1:39 pm)
ŻYJ NA MAKSA… (Lipiec 27, 2018 2:18 pm)


Wpatrzona w swego Króla

25 stycznia 2017
...
1 522 Views

Beata Zięcina

Dawno dawno temu … w małym miasteczku, w małym pokoiku, w małej grupce wielkich ludzi, których miłością był Jezus Chrystus z Nazaretu, podjęłam decyzję, żeby oddać swoje życie Panu Panów i Królowi Królów… zanim odważnie rzuciłam się w Jego ramiona, uważnie przyglądałam się życiu swoich rodzicieli.

A życie to było różne i nie należało do sielankowych, mlekiem i miodem płynących. Mama przyniosła do naszego domu zbawienie, a wraz z nim inną jakość życia. Początkowo jeździłam na spotkania kościoła z ciekawości, potem z posłuszeństwa, a potem już z miłości do Jezusa.

Zakochałam się w Nim, bo zmienił nasz dom w rodzinę. Pokochałam Go, kiedy dowiedziałam się jak bardzo On ukochał mnie i jak wiele dla mnie zrobił. Moje wtedy małe serduszko zabiło dla Niego i od tamtej pory zna ten rytm i wie, że to On go wybija.

Moje życie zaczęło być życiem spotkań, konferencji, ewangelizacji, pomocy biednym, pomocy dzieciom w domu dziecka … lubiłam to, chciałam tego i z czasem takie życie stało się moim stylem.

Kiedy miałam 18 lat podjęłam decyzję o tym, żeby się ochrzcić, wiedziałam, że bycie naśladowcą Jezusa wiąże się z szanowaniem nakazów, jakie nam zostawił. Ociągałam się z decyzją, ale w końcu nastał ten piękny dzień.

Kiedy jechaliśmy nad rzekę padał deszcz. Padał tak bardzo, że między wyjściem z auta a dojściem do rzeki można było zmoknąć wystarczająco, żeby nie trzeba byłoby już nikogo zanurzać :).

Kiedy dotarliśmy na miejsce, deszcze wypłakał już prawie wszystko. Stanęłam nad brzegiem rzeki, a niebo już tylko przyglądało się w ciszy temu, co dzieje się na ziemi. To była końcówka września. Woda była arcyzimna, niebo zachmurzone. Trzy osoby na brzegu gotowe na śmierć i zmartwychwstanie.

Weszłam do wody, nie czułam zimna, była ciepła jak z kranu, na chwilę zaświeciło słońce (!!!) wiedziałam, że Tata z niebie mówi do mnie „Moja córcia umiłowana”.

Z martwych wzbudzona wyszłam świętować na brzegu. Zdążyliśmy zjeść małe co nieco i znowu zaczął padać deszcz. To był piękny dzień.

Po nim, było wiele niezwykle zwykłych dni. Wiele trudnych i pięknych chwil. W każdej z nich mogłam określić się jako córcia Taty, lub jako buntownik. Ani mój chrzest, ani oddanie życia Jezusowi, nie uczyło ze mnie niewolnika.

Cały czas, każdego dnia, w każdej sytuacji mogłam podejmować swoje decyzje, które tworzyły moją rzeczywistość. Działo się różnie, bo różne decyzje podejmowałam, ale to, co w moim sercu zawsze grało najmocniej, to to, że JEZUS KOCHA MNIE NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE. Wiedziałam, że jestem uzależniona od Jego miłości i nie umiałabym bez niej już dłużej żyć.

Kiedy poszłam na studia, podejmowałam, bardzo dużo złych decyzji. Nie wiedziałam, że są złe. Myślałam, że na końcu będzie dobrze. Myślałam, że mogę robić to, co podpowiada mi serce i sumienie, przecież jestem narodzona na nowo i z pewnością przeze mnie też mówi Duch Święty. WTEDY NIE MÓWIŁ.

Mówiły głośno moje potrzeby, moje deficyty i mój nieodnowiony umysł. Ignorowałam trwanie w społeczności Bożych ludzi, swoje błędne decyzje ukrywałam, próbując pokazać wszystkim dookoła, że jestem dzielna i daję radę. Nie chciałam nikogo okłamywać, po prostu chyba nie wiedziałam do końca, w którą stronę mam iść i jak się wygrzebać z błędnych decyzji.

Milcząc, ukrywając swoje tragedie – niszczyłam samą siebie. Nie wystawiłam dzieł diabła na pokaz w moim życiu i nie obnażałam ich, żeby ktoś silniejszy mógł pokazać mi drogę wyjścia. Dziś dziękuję Bogu za tą świadomość, że NIEZALEŻNOŚĆ jest drogowskazem ku śmierci.

Ponieważ zawsze byłam posłusznym dzieckiem, niemającym do końca swojego zdania, a raczej zdanym na czyjeś prowadzenie i wskazania, miałam paskudną tendencję ulegania każdemu silnemu autorytetowi w okolicy. Ci ostatni z kolei, zawsze mieli doskonały plan na moje życie i wiedzieli jak nim kierować. A ja, ZBAWIONA, OCHRZCZONA i ZNAJĄCA BIBLIĘ, jednak ciągle MARIONETKA czyichś oczekiwań, poruszałam się zgodnie ze wskazaniami starszych i lepiej wiedzących. Nie śmiałam się sprzeciwić, bo nie wiedziałam, że mogę. Nikt nigdy nie nauczył mnie, że mówienie NIE, nie jest niczym złym. Że czasami „NIE” ratuje życie.

Kiedy byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły płakać, wyrywałam się z opresji ciemiężyciela i wpadałam w ramiona „wybawcy”, który z czasem znów manipulował moim czasem, uczuciami, pragnieniami i dążeniami.

Straciłam po drodze wiele talentów. Przestałam malować, pisać wiersze, zgubiłam poczucie humoru i lekkość, swobodę i kreatywność, tylko dlatego, że byłam ślepo posłuszna ludziom, których Bogiem nie był Bóg JAM JEST i dlatego, że chciałam być samodzielna i wiedziałam lepiej, że jakoś sobie poradzę bez czyjejkolwiek pomocy.

Moje problemy nie były związane z używkami, uzależnieniem, seksem pozamałżeńskim, rozwiązłością, nieuczciwymi interesami, czy buntem… kiedyś nawet w ramach złości próbowałam przeklinać, ale było to dla mnie tak dziwne i obce, że pomyślałam, że mnie to nawet grzech za bardzo nie chce się trzymać. Mając dwadzieścia parę lat kupiłam paczkę papierosów. Prawie umarłam ze wstydu przy kasie, ale chciałam zobaczyć, czym jest to palenie, które uzależnia. Wypaliłam całą paczkę chyba w 3 dni, siedząc na parapecie przy oknie. Wciągając i wypuszczając powietrze. Nie pojęłam przyjemności palenia 🙂 , doświadczyłam natomiast kapcia w ustach i bardzo za nim nie tęsknie 🙂

Problemem, którego nie umiałam namierzyć i nazwać było życie w odrzuceniu i poniżeniu. Wszystkie moje błędy to listki, które wyrastały z korzenia odrzucenia i buntu wobec Słowa Bożego.

Nie miałam duchowego ojca, ani matki, z którymi mogłabym być w stałym kontakcie i rozmawiać o moich zwycięstwach, i modlić się, kiedy przychodził problem. Bujałam się sama ze swoim życiem i problemami, myśląc, że i tak nikomu nie jestem potrzebna, i tak nikt nie ma czasu, żeby mi pomóc, i jaki to wstyd przyznać, że po tylu latach chrześcijaństwa, nadal potrzebuję pomocy, nadal nic nie wiem o Jezusie, nadal wszystko co umiem to kilka wyuczonych zachowań, gestów i fragmentów z Pisma, których i tak do końca nie rozumiem.

Ale….dawno, dawno temu doświadczyłam Jego miłości… i tak bardzo za nią tęskniłam… to jedno wbiło mi się w serce … że Jego miłość JEST prawdziwa.. i wiedziałam, że nie spocznę, dopóty, dopóki jej znowu nie odnajdę.

 I kiedy pewnej niedzieli trafiliśmy do Kościoła Mocy.. zobaczyłam ludzi w tej wolności i miłości, którą czułam i poznałam jako dziecko.. i serce zaczęło mi pękać… bo rozpoznało PRAWDĘ, w tym miejscu… po wielu krętych drogach, poszukiwaniach i latach w mroku, pozwoliłam Bogu zaprowadzić się do miejsca, w którym pouczył mnie jak WRÓCIĆ w Jego ramiona.

Początki, nie były łatwe… kiedy PRAWDA przychodzi uścisnąć Cię na powitanie, stajesz z nią twarzą w twarz… i musisz odpowiedzieć jej i sobie na kilka trudnych pytań…

Przyszedł czas stanąć nagą przed Bogiem i samą sobą … a przez lata nazbierałam wiele postaw i masek, które wrosły we mnie jak huba w drzewo. Ta nagość okazała się brzydka i ujawniła pełno obcych narośli.

Musiałam podjąć decyzję, że wyrywam z siebie sposoby i metody, które do tej pory zawodziły i poddać się leczeniu i balsamowaniu tej ruiny, którą przez lata się stałam.

Proces trwa….. ale…

Oto jestem. Rok później. Silna i dzielna, zaleczona i wywyższona.

Pełna pragnień i miłości z nieba. Zachwycona działaniem Jezusa w moim życiu przez ludzi, których mi dał, a których zdecydowałam wpuścić do swojego życia.

Cała w wyczekiwaniu tego, jak będzie wyglądać moje życie za pół roku i za rok.

Nowa, przemieniona, wyratowana, wyspana i bez spinania się 🙂

 

Piszę te słowa na chwałę Tego, Który mnie ocalił.

 

Jeszua, kocham Cię…

Zachwycasz mnie…

Wróciłam… i już Cię nie opuszczę..

Przyciągnąłeś mnie powrozami swojej miłości i uczyniłeś swoją lilią..

Wpatrzona w Ciebie…

Kwitnę teraz tylko dla Ciebie…

Już nic nas nie rozłączy…

Wypalam cały chrust…

I decyduję płonąć Tobą…

 

Na WIECZNOŚĆ Twoja…

Córcia

.

Share This