Najnowsze Teksty
POTĘGA KOŚCIOŁA ! (Listopad 2, 2018 7:44 pm)
GDY SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAJE (Listopad 2, 2018 7:41 pm)
Pamiętaj… (Październik 1, 2018 7:53 pm)
DAJ SOBIE POMÓC !!! (Październik 1, 2018 7:47 pm)
NIE BÓJ SIĘ I DZIAŁAJ !!! (Październik 1, 2018 7:36 pm)
NIE ZAPOMINAJ! (Wrzesień 11, 2018 7:06 am)
JESTEM… (Wrzesień 11, 2018 7:00 am)
NIE LICZ SIĘ Z RELIGIĄ !!! (Sierpień 28, 2018 1:47 pm)
ANTYCHRYSTUSOWOŚĆ !!! (Sierpień 28, 2018 1:39 pm)
ŻYJ NA MAKSA… (Lipiec 27, 2018 2:18 pm)


Przeniesiony do wieczności – Michał Zięcina

25 czerwca 2016
...
3 414 Views

Narodziłem się 25.03.2012 r. czyli mam ….. hmmmmmm …… 4 lata 🙂

Ale zacznę moją historię od człowieka, który żył wcześniej, i chociaż nosił moje imię i nazwisko i wyglądał jak ja, to mamy ze sobą wspólne jedynie wspomnienia.

Urodziłem się w tradycyjnej polskiej rodzinie katolickiej, praktykującej – niewierzącej. Moje pseudo „duchowe” życie miało wzloty i upadki, ale do kościoła (który stanowił wyznacznik mojej duchowej samooceny) chodzić lubiłem, szczególnie kiedy już nikt mnie nie zmuszał.

Moje dzieciństwo i młodość upłynęła w sielskiej atmosferze niewielkiej mazowieckiej wioski. Nigdy nie miałem problemu z „używkami”, a to z następujących powodów: narkotyki – nie miałem żadnej styczności w młodości, a ponadto zawsze uważałem że są dla debili, alkohol – napatrzyłem się na nietrzeźwych uczestników licznych imprez rodzinnych (wesela, chrzty, komunie, imieniny). Widok ten wywołał we mnie wewnętrzną odrazę do tego stopnia, że nigdy się nie upiłem. Kiedyś, Tata powiedział mi , że jak zapalę papierosa, to mogę nie wracać do domu – miałem około 13-14 lat, ale zapadło mi to tak głęboko w serce, że nie zapaliłem nigdy. Na podstawie ww. sukcesów postrzegałem siebie jako osobę wysokiej moralności i kultury osobistej.
Jak „prawie” każdy przykładny obywatel chciałem dużo zarabiać, celem posiadania jak największej liczby różnych dóbr, aby uczynić moją egzystencję przyjemną w jak najwyższym stopniu. Udało mi się ten cel zrealizować, jedynie połowicznie. Był czas, kiedy miałem dużo pieniędzy, ale niestety nigdy nie udało mi się osiągnąć stanu spełnienia, szczęścia i samorealizacji.
W wieku lat 20 zostałem ojcem, a następnie mężem. Po 10 latach małżeństwa postanowiłem popełnić samobójstwo……………
To co wydarzyło się przez te 10 lat jest historią, której prawie w ogóle nie pamiętam. Pamiętam tylko emocje – samotność, smutek, pogoń za pieniądzem, i nie kończące się próby uchwycenia czegoś, co ludzie nazywają chwilowym szczęściem – może radością. Poza weekendowymi grillami i wspólnym oglądaniem seriali, nie miałem relacji z rodzicami, rodzeństwem, czy kimkolwiek innym, kto mógłby skierować moje myśli w inną stronę niż moje problemy, braki czy potrzeby.
Teraz, zdaje sobie sprawę z tego, co doprowadziło mnie do tego stanu, ale wtedy byłem więźniem swoich niedojrzałych decyzji (a często właściwie braku decyzji), oczekiwań otaczających mnie ludzi oraz ograniczeń, które przez całe życie na wszystkich etapach edukacji i relacji wbijano mi do głowy.

Pod koniec szkoły podstawowej natrafiłem na prasę pornograficzną, przez co zaprosiłem do swojego życia kogoś, kto miał znaczący wpływ na moje dalsze losy. Potem ten ktoś zaprosił swoich znajomych i tak pornografia pociągnęła za sobą kłamstwo i potępienie. Kłamstwo stało się stylem mojego życia do tego stopnia, że utraciłem własną tożsamość. Miałem maskę na każdą relację – nikt mnie nie znał, nikt nie wiedział jaki jestem, ani z czym mam problem. W końcu nawet ja sam przestałem rozeznawać się w sytuacji, przestałem być panem mojego życia.
I tak mijał rok za rokiem, aż moja dusza stała się bardzo, bardzo ciemna i gęsta. Nie przenikało do niej światło, ani nawet kolory otaczającego świata. Przyszła depresja i bezsens codzienności. Nie cieszyło mnie już nic, nawet synowie, którzy przez wiele lat byli jedynym sensem mojego życia. Dlatego też zacząłem w końcu organizować (jak przystało na magistra inżyniera Wydziału Inżynierii Produkcji Politechniki Warszawskiej) zabezpieczenie dla mojej rodziny w postaci ubezpieczenia na życie wypłaconego po śmierci.
I wtedy poznałem w pracy dziewczynę, która była po rozwodzie. Zaczęliśmy rozmawiać i do mojej życiowej celi wpadło światło. Kilka tygodni później na mojej drodze stanęła druga kobieta – wiecznie uśmiechnięta (nawet o 8 rano) i zadowolona z życia, która uczyła mnie w pracy angielskiego. Cel spotkań sprzyjał rozgadywaniu się poprzez poruszanie różnych tematów, pojawiły się tematy dotyczące wiary, Biblii i Boga.

Ja regularnie chodziłem do Kościoła Katolickiego, ale Boga znałem jedynie ze słyszenia, natomiast to co ona mówiła, miało się nijak do tego co wiedziałem i znałem z kościoła, a wydawało mi się przecież, że jestem światłym chrześcijaninem o ugruntowanej wiedzy na temat. Kiedy nie zgadzałem się z czymś, mówiła: to sprawdź sam, poczytaj, poszukaj. No więc zacząłem czytać i szukać. Odkurzyłem Biblię, która od czasów liceum gdzieś zapodziałem.

Mój świat legł w gruzach.

Kiedy zacząłem czytać Biblię, okazało się, że nie wiem nic, że byłem zupełnym ignorantem w temacie prawdy Słowa i poczułem się jakbym żył w jakimś wielkim spisku, w którym wszyscy wokół umówili się żeby utrzymywać mnie w kłamstwie. Ponieważ poznanie to zbiegło się w czasie z moją decyzją o rozwodzie i odejściu, byłem w złym stanie psychicznym i po raz pierwszy szukałem pomocy u Boga osobiście – mówiąc do Niego, a nie powtarzając tylko modlitwy napisane przez innych ludzi. Wprawdzie zdarzało się wcześniej, że kiedy potrzebowałem czegoś modliłem się i mówiłem Bogu, że jak to dostanę to się zmienię i będę już dobry człowiekiem i przestanę grzeszyć – ale, nawet kiedy dostawałem to o co prosiłem, nie pamiętałem za bardzo o swoich obietnicach.
W tym całym zawirowaniu życiowym, pojechałem wypłakać się do pobliskiego kościoła „najświętszego Maryi panny matki pięknej miłości” na Warszawskim Tarchominie – był pusty i zimny (pasowałem do niego), wszedłem do środka i chodziłem wokół przyglądając się obrazkom z drogi krzyżowej. I tam pierwszy raz w życiu usłyszałem głos Boga, powiedział do mnie: „tu mnie nie znajdziesz”. Wyszedłem usiadłem na schodach i płakałem. Otulił mnie tam ciepły wiatr, i pomyślałem, że w tym ciepłym wietrze jest Bóg.
Od tamtej pory zacząłem szukać Boga w jego Słowie (i zakochałem się w mojej duchowej rewolucjonistce – nauczycielce angielskiego). Około pół roku później poszedłem (pierwszy raz) do kościoła zielonoświątkowego – było pięknie, wzrastałem w poznaniu Słowa, zachwyciłem się Bogiem i Jego wielkimi dziełami, które ciągle na świecie się wydarzają, a o których nie słyszałem dotychczas. W czasie jednego z nabożeństw oddałem swoje życie w ręce Jezusa, modląc się krótką modlitwą zgodnie z wezwaniem pastora. Byłem już wtedy uświadomiony (przez przekonanie od Ducha Świętego), co do tego jak wyglądało moje życie w świetle Bożych standardów, co zrobił dla mnie Jezus na krzyżu oraz jak będzie wyglądała moja przyszłość jeśli nie zaproszę do mojego życia TEGO, który chce dla mnie lepiej niż ja sam.

Jakiś czas później, kiedy zgodnie z biblijnym nakazem poprosiłem, aby mnie ochrzczono, niestety okazało się, że dla rozwodników nie ma miejsca w tym kościele. I znów upadłem – zacząłem patrzeć na siebie oczami innych ludzi, zamiast z Bożej perspektywy. Ogień zaczął szybko gasnąć.

W tym całym zamieszaniu, kiedy czułem się okropnie sam ze sobą, kiedy nie wiedziałem już jaką drogą mam iść (czy mogę budować nowe, czy zgodnie z kierunkami nadanymi przez liderów zboru ratować to, co się skończyło) nasiliły się problemy z sercem (częstoskurcz, arytmia) i wrzody żołądka przypomniały o stresach z ostatnich lat.
I wtedy, gdy czułem się najbardziej marnym stworzeniem – 25.03.2012 r. kilka minut po godzinie trzeciej w nocy przyszedł do mnie Pan. Nie – nie widziałem go, ale czułem każdą komórką mojego ciała, że obok mnie jest wieczny Bóg. Padłem na podłogę, ale po chwili poczułem zachętę, aby spojrzeć w górę. Nie byłem już w domu – nad głową rozciągało się nocne niebo i trzy drogi, które kończyły się w jednym świetlistym miejscu. Usłyszałem, że którąkolwiek drogę wybiorę – On zawsze będzie ze mną. Nie wiedziałem co oznaczają te drogi, ale po kliku tygodniach kochany Święty Duch wyjaśnił mi, że to były warianty mojej decyzji, co do dalszego życia.
Potem poczułem jak moje serce przestaje bić. Zacząłem panikować – myślałem, że to już koniec (tej części) mojego życia. Ale nie zacząłem umierać, poczułem spokój i ukojenie – po kilkudziesięciu sekundach serce ruszyło. W euforii po tym spotkaniu zapomniałem o temacie serca, ale około po dwóch tygodniach zdałem sobie sprawę , że jest zupełnie zdrowe – a może nawet nowe. Od tamtego dnia przestałem również odczuwać jakiekolwiek dolegliwości związane z wrzodami żołądka.
Jedna rzecz zmieniła się wtedy diametralnie – przestałem mieć nadzieję, a zacząłem wierzyć (gdyż wiara jest pewnością tego, czego nie widzimy). Od tego dnia wiem, że Bóg jest, że jest mną zainteresowany, że On uzdrawia i że nigdy mnie nie opuści.
Bóg przyszedł do mnie w chwili, kiedy najbardziej Go potrzebowałem i kiedy moje serce potrzebowało uzdrowienia. Wydarzenia kolejnych miesięcy, wymagały bardzo silnego serca. No cóż, rodzina mnie odrzuciła (jakkolwiek nasze relacje zawsze były bardzo płytkie z uwagi na tradycję omijania ważnych tematów w rozmowach, a teraz chyba sam stałem się tematem tabu), mało że rozwód to jeszcze …….. „nowa wiara” i …….. Jezus?
Ale zacząłem z nowymi siłami szukać Boga. W jednej z książek przeczytałem, że nie mogę tak naprawdę zaufać osobie, której nie znam. Dlatego teraz to, co mnie najbardziej interesuje, to charakter Boga, Jego myśli, Jego plany – Jego ścieżki.
Zacząłem czytać Słowo, książki Bożych ludzi (praktyków Słowa, którzy żyją z Duchem Świętym na co dzień) i szukać informacji o tym czego Bóg „chce” ode mnie. Zupełnie przypadkowo – uwielbiam Boga za te „przypadki” – trafiłem pewnego razu na spotkanie z pastorem Arturem Cerońskim. Po niezwykle dynamicznym (jak na moje ówczesne doświadczenia) spotkaniu, modlił się o ludzi. Kiedy zapytał mnie, o co się chcę pomodlić, powiedziałem, że pragnę otrzymać dar języków, ale …….. czuję, że stoję w miejscu. Zaczął się modlić i gromić nade mną ducha pytona i ducha czarów, a na koniec poinstruował, że sam muszę dokończyć uwolnienia. Pięć dni później miałem prywatną pięćdziesiątnicę w samochodzie na parkingu.
Od tamtego czasu zaczęły się także wizje i sny, przez które Duch Boży pokazuje mi wiele różnych „rzeczy”, których fizyczne oczy nie widzą. Przez cały ten czas, od kiedy przyjąłem zbawienie i zaprosiłem Jezusa do mojego życia, On pracuje nade mną i kiedy zanurzam się w Jego Słowo i Jego obecność, On zmienia mnie od środka.

„Stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe”.
Zniknęła z mojego serca chciwość, która była motywatorem moich działań. Przyszła wolność od osądu ludzi i robienia czegoś, aby przypodobać się innym. Przyszło zupełne uwolnienie od pornografii oraz cielesnego patrzenia na ludzi, a nawet szufladkowania ludzi. Zrozumiałem także, że jestem zaakceptowany przez Boga w sposób bezwarunkowy. Że Jego miłość jest inna niż to wszystko co ten świat nazywa miłością. Bóg dał mi zupełnie nowe życie – za darmo, z miłości swojej nieskończonej tylko dlatego, że uwierzyłem w Jego Słowo i w to, czego dokonał Jezus. W 2014 roku odkryłem kolory i niebo – teraz potrafię przez kilkadziesiąt minut podziwiać chmury, zachód słońca lub piękno otaczającego mnie życia ……… i cieszyć się JEGO obecnością. Przyszedł do mnie pokój i radość życia, a przede wszystkim radość z małych rzeczy. Dostałem nową – Bożą rodzinę. Jest też ze mną moja Isza. Moja przyjaciółka i ukochana Żona, która jest bardzo cennym darem dla mnie. Uczę się na nowo być ojcem dla moich synów i czerpać radość z każdej chwili spędzonej z nimi, bo teraz wiem, że oni są po pierwsze Jego dziećmi, a potem moimi. Co więcej, Bóg już wiele razy pokazywał mi prawdy Królestwa przez różne sytuacje rodzicielskie, a raz nawet powiedział do mnie wprost przez usta młodszego syna.
W pracy coraz częściej słyszę pytania: „dlaczego ja ciągle się uśmiecham?”, albo słyszę, że zawsze jestem spokojny i opanowany – jestem, bo mam Boga, z którym mogę wszystko. A nawet kiedy wydarza się coś przykrego wiem, że jest to przejściowe, a na horyzoncie tego życia czeka na mnie mój najlepszy Przyjaciel, Ten który mnie kocha i nigdy mnie nie zostawi – mój Jezus.
Kilka miesięcy temu – zaraz po przebudzeniu – Duch Święty powiedział mi takie słowa: „Jestem tak blisko Ciebie, że nawet kiedy zamkniesz oczy, ja ciągle w nie patrzę”. I wiem, że tak jest nawet wtedy, kiedy niczego nie czuję. I wiem też, że każdy może mieć tak samo.
Kiedy za oknem deszcz i chłód w sercu jest kolorowo i tęczowo – jak w niebie (widziałem przez chwilę jak tam jest, widziałem niebo! ).

Tak wygląda moja historia. Jeśli nie wierzysz, to zaryzykuj i zawołaj do Boga, aby objawił Ci prawdę o sobie. Zrób to w szczerości serca, bez kalkulacji i strachu. On odpowie, zawsze odpowiada – tylko bądź wrażliwy na Jego głos, bo na początku bardzo często mówi przez ludzi.

A jeśli wierzysz, szukaj wytrwale Jego ścieżek i oddaj Mu to, co masz najcenniejszego – Twój czas i serce. Nie zniechęcaj się, największe skarby są ukryte najgłębiej.

Mam na imię Michał – spotkałem Jezusa – jestem synem Boga Żywego, który stworzył wszystko, a teraz zamieszkał we mnie.

Mój nr tel.600-377-897

.

Share This